Sistiemą przez Czywczyny - relacja

Góry Relacje

Zapraszam na relację z przejścia granią główną Czywczynów.

Trasa: Szybene → Rohy → Kernycznyj → Furatyk → Ledeskuł → Borszutyn → Wielka Budyjowska → Kukulik → Czywczyn → Czywczynasz → Suligul → Łostuń Wielki → przeł. Łostuńska → Pirie → Purul → Koman → Komanowa → Palenica → Hnitessa → Perkałab.

Z Szybenego na Ruskyj Dił

Wyjście z Szybenego w Czywczyny nie było trudne do odnalezienia — jest to jedyna droga prowadząca w górę pomiędzy Czarnym Czeremoszem i potokiem Szybeny. Obie rzeki stanowią w tym miejscu granicę Gór Czywczyńskich.

Startujemy w ostrym słońcu i powoli pniemy się w górę. Zanim znikniemy w lesie — ostatni rzut oka na zostawianą w dole, malowniczo położoną wioskę. Po lewej Czarnohora, po prawej Hryniawy, a my już w Czywczynach — to cieszy.

Szybene (Zełene)

Wyjście z Szybenego w kierunku Medweżyka, Czywczyny

Teraz czeka nas 500 metrów podejścia przez las by znaleźć się na początku połoniny — grzbiecie Ruskyj Dił. Nie mogąc doczekać się widoków, ruszamy. Droga dość monotonna, gdzieniegdzie las się przerzedza i można dostrzec Popa Iwana z Białym Słoniem.

W połowie drogi napotykamy schodzących pograniczników. Przy górze Rohy jest punkt kontrolny — podejrzewamy więc, że to pewnie jakaś zmiana warty.
— Dozwił je? — pyta w znudzony sposób jeden z nich.
— Da, da, uże zaregistrirowali w Szybenem — odpowiadam, udając równie znużonego tymi wszystkimi formalnościami. Mam cichą nadzieję, że nie trzeba będzie wyciągać dokumentów z plecaków... Uff, strażnikom najwyraźniej taki ton przypadł do gustu. Żegnamy się i każdy idzie w swoją stronę.

Przez czywczyńskie połoniny... w burzy

Las nagle rzednie i wychodzimy na połoninę. Jeszcze chwila by dostać się na pierwsze wzniesienie i... można zacząć podziwiać dookólną panoramę — Czarnohora, Hryniawy, Czywczyny. Trasa zapowiada się wyśmienicie.

Mijamy cmentarzyk z jednym grobem (pozazdrościć miejsca wiecznego spoczynku) i fotogeniczne krowy.

Grób w okolicy Medweżyka, Czywczyny

Krowa w Czywczynach, Ukraina

Niestety coraz bardziej zaczyna nas martwić pogoda. Nad Czywczynami ciemno od burzy. Hryniawy — fioletowe. Marmarosze, Rumunia — smugi deszczu. Nie wygląda to najlepiej. Burza może się z nami zabawić i wziąć w trzy ognie. Obmyślamy ewentualny plan ewakuacji z połoniny i żwawo ruszamy dalej.

Panorama z niewybitnego Medweżyka jest bardzo ciekawa — nie widziałem jeszcze Popa Iwana od tej strony. A jest na czym zawiesić oko — szczyt ewidentnie góruje nad całą okolicą. To wrażenie będzie towarzyszyć nam jeszcze długo podczas wędrówki przez Czywczyny. Oprócz tego, świetna jest okrągła lecz szpiczasta kopuła Stogu. Nie można też pominąć zewsząd widocznych rumuńskich szczytów: Farcăula i Mihailecula.

Stih (Stóg) z Czywczynów

Przechodzimy przez Rohy (1556 m) i zaczynamy schodzić w kierunku punktu kontrolnego. Wygląda na dość zdezelowany, ale czynny — świadczy o tym zaparkowany obok UAZ.

Posterunek straży granicznej w Czywczynach

Dość pusto, nie chcemy przechodzić nieskontrolowani, więc pukamy w okno. Wychodzi pogranicznik:
— A dozwił u was je? — pyta.
— Da, da, wsjo narmalna. Uże zaregistrirowali w Szybenem, dozwił je — odpowiadam podobnie w znudzony sposób mając nadzieję na powtórzenie sztuczki, by nie trzeba było wyciągać dokumentów z placaków. Zmieniam szybko temat pytaniem o najbliższe źródło. Strażnik ofiaruje się, że nam pokaże drogę. Wychodzimy więc razem przed szlaban i w tym momencie niedaleko uderza piorun. Ukrainiec się dość przestraszył, wypada mu nawet z ręki nóż. Sprawia wrażenie zawstydzonego, jakby jego męskość została podrażniona. Wygląda to dość komicznie.
— Tu trzeba skręcić w lewo, dojść do chaty i za chatą będzie ścieżka do źródła. Znajdziecie — tłumaczy. Dziękujemy i żegnamy się.

Chatka przy górze Rohy, Czywczyny

Dochodzimy do chatki i dopada nas spory deszcz. Cóż, wchodzimy na werandę i... nie ma tego złęgo — postanawiamy przeczekać chwilę pod dachem wykorzystując czas na przerwę obiadową. Nieopodal chaty odnajdujemy ścieżkę prowadzącą do dobrego źródła — świeża woda jak znalazł do obiadu i uzupełnienia zapasów.

Tęcza przy górze Rohy, Czywczyny

Obiad zjedzony, deszcz powoli ustępuje. Oznajmia to nawet tęcza nad doliną potoku Wełyki Kernycznyj. Zbieramy się więc i ruszamy.

Jak iść gdy przejście zabronione?

Wracamy na główną drogę przez połoninę i idziemy w kierunku Kernycznego — chcielibyśmy się już znaleźć na grani głównej i jeszcze dziś przejść jej kawałek. Przejeżdża auto z pogranicznikami, jednak nie zwracają oni na nas większej uwagi.

Położona nieopodal wieża obserwacyjna robi jednak swoje — przy każdym kroku czuję na sobie spojrzenia ukraińskich pograniczników. Wywołuje to specyficzne uczucie bliżej niesprecyzowanego napięcia.

Wieża obserwacyjna ukraińskiej straży granicznej przy górze Rohy, Czywczyny

Dochodzimy do bramy (oznaczonej jako worota no 2). To sistiema. Wrota są zamknięte i na dodatek pokryte drutem kolczastym. Podobne zasieki obok. Z lewej krzyczy na nas znak: "Granica Ukrainy. Przejście zabronione." I jeszcze ta wieża obserwacyjna, z której nas teraz pewnie obserwują — wszystko to dziwnie wpływa na nasze poczucie pewności siebie. Czy aby na pewno mamy przekroczyć tę bramę? A może to nie tu? A może to nie tak?

Brama przy granicy ukraińsko-rumuńskiej, okolice szczytu Kernycznyj

Wycofujemy się. Tłumaczymy sobie, że chcemy poszukać bardziej dogodnego przejścia. Ale rozumiemy się bez słów — każdy z nas wie, że najpierw musimy odnaleźć w sobie trochę więcej animuszu.

Granica ukraińsko-rumuńska w Czywczynach

Wracamy do rozwidlenia. Ciekawe co sobie pomyślą strażnicy na wieży? Kilkaset metrów dalej droga zagrodzona jest drutem kolczastym.
— Koniec tego udawania. Trzeba przejść przez sistiemę — postanawiamy.

Dochodzimy do pozostałości radzieckiej granicy. Przerzucamy powoli plecaki pod dolnym drutem kolczastym, a sami przechodzimy pomiędzy. No i już — jesteśmy po drugiej stronie.

Przejście przez zabezpieczenia z sistiemy w okolicy Kernycznego

Chwila napięcia — nikt nie strzela... nikt nie krzyczy...  Może nie będzie tak źle. Szybko jednak ubieramy plecaki i mkniemy dalej. Choć przecież nam się nigdzie nie śpieszy.

Granica w tym miejscu wygląda następująco: Ukraina, pozostałości radzieckiej sistiemy, droga gruntowa, pas zaoranej ziemi (jak się można domyślić, do tropienia nielegalnych przejść), granica właściwa (słupki ukraińskie i rumuńskie), Rumunia.

Poglądowy widok jak przebiega droga, sistiema i granica w Czywczynach

Pierwsze kroki granicą

Po chwili stajemy na szczycie zwanym Kernycznyj (1588 m). Sam wierzchołek jest dość niewyraźny i płaski, lecz rozpoznać to miejsce można najlepiej po słupku granicznym z numerem 435. Te słupki staną się teraz naszymi dobrymi towarzyszami przez kilka nadchodzących dni.

Kernycznyj (1588 m), Czywczyny

— Zacieraj ślady! — wciąż żartujemy sobie z trzymającego nas w napięciu samopoczucia. Wszechotaczająca cisza nie pomaga. Powoli jednak oswajamy się z sistiemą i granicą. Okazuje się nawet, że zaorany pas graniczny to tylko zbędna formalność. Obecnie nie jest za bardzo utrzymany — ziemia jest zbita i przejście po niej nie pozostawia żadnych śladów.

Słońce powoli zaczyna zachodzić. Czas poszukać miejsca na biwak. Tylko gdzie tu spać? Ani granica ani zaorany pas graniczny to zdecydowanie nie jest dobry wybór na nocleg. Dobrze byłoby odejść kawałek i się schować. Wszędzie jednak stoki opadają prosto do doliny Czarnego Czeremoszu...

Zachód słońca w Czywczynach

W okolicy Furatyka, kilkadziesiąt metrów od drogi, udaje nam się znaleźć przyjemną półkę. W sam raz na 2 namioty! Obliczamy nawet gdzie wzejdzie słońce, by móc obejrzeć wschód bez wychodzenia ze śpiworów. Dla kurażu łyk zakupionego w Szybenem piwa. Szybko jednak robi się zimno i chowamy się w namiotach.

Tak mija pierwszy dzień w Czywczynach.

Poranek przy grani

Wschód słońca spod Furatyka nie jest zbyt okazały, suwaki zamykają się więc jeszcze na chwilę. A my grzęźniemy w ciepłych śpiworach. Z porannej drzemki wyrywają nas strzały. Żartuję! — wyrywa nas grzejące w płachty namiotu słońce. Czywczyny witają bezchmurnym niebem. Niewątpliwie miła odmiana po wczorajszym deszczowo-burzowym dniu.

Biwak w okolicy Furatyka, Czywczyny

Nastrój sistiemy dalej mi się udziela — nie mogę się oprzeć i nie nastraszyć moich kompanów. Wracając do naszego obozu przybieram maksymalnie gburowaty głos. Potrząsając energicznie namiotami krzyczę coś po pseudorosyjsko-ukraińsku:
— Tu kordon! Tu nie można noczuwaty! Prochid zaboroneno! Wychadi z pałatku! Bystrej! Dawaj pasport! — Ach ta piękna chwila ciszy i konsternacji — coś nie do opisania!

Podczas porannego krzątania okazuje się, że spaliśmy obok rowu. Choć zarośnięty, to dość głęboki — snując dywagacje skąd się wziął, przygotowujemy śniadanie, składamy obóz i wyruszamy w dalszą trasę.

W drodze na Wielką Budyjowską

Najpierw czeka nas podejście na połoninę Ledeskuł. Pop Iwan wciąż góruje nad okolicą; komentujemy dobre umiejscowienie wieży obserwacyjnej przy górze Rohy — ani na chwilę nie zniknęliśmy z jej pola widzenia.

Po połoninie Ledeskuł, trasa biegnie przy szczycie Vf. Ladescu (słupek 449), choć omija sam wierzchołek. Podchodzimy na połoninę Prełucznyj i chwila przerwy. Dobre widokowo miejsce — Farcău i Mihailecu, Pop Iwan, a po drugiej Wielka Budyjowska i Czywczyn.

W Czywczynach, w tle góruje Pop Iwan Czarnohorski

Były radziecki słupek graniczny, Czywczyny

Rozpędem przechodzimy przez Borszutyn i na chwilę zatrzymujemy się na przełęczy pod Wielką Budyjowską. Podejście wygląda na strome — zupełnie inaczej niż dotychczasowy, bardziej łagodny charakter Czywczynów. Ruszamy!

Widok z  Budyjowskiej Wielkiej, Góry Czywczyńskie

Po drodze na Wielką Budyjowską wypatrujmy starych żeliwnych polsko-rumuńskich słupków granicznych. Bardzo chciałbym je zobaczyć na żywo, ale niestety — pusto. Sam szczyt jest bardzo malowniczy a widoki z niego — rozległe.

Zdobyć Czywczyn

Chwila przerwy i ruszamy dalej — Czywczyn już niedaleko. Zejście jest dość strome. Granica zatraciła już swój wcześniejszy charakter — jeszcze przed Wielką Budyjowską znika pas zaoranej ziemi, a teraz nikną pozostałości sistiemy. Zostaje tylko droga. Na przełęczy dopada nas deszcz.

Za Kukulikiem trasa biegnie przez las. Czywczyn nie leży na grani głównej ani na granicy, przy słupku 477 odbijamy więc na północ i po chwili wychodzimy na przełęcz pod Czywczynem.

Na przełęczy pod Czywczynem (poł. Tanasiwkowa)

Choć deszcz ustaje na chwilę, pogoda nie wydaje się pewna. Postanawiamy jednak na prędkości zdobyć szczyt. Wynajdujemy w zaroślach ścieżkę prowadzącą na szczyt i ruszamy. W połowie drogi znów łapie nas deszcz, który miejscami przyjmuje nawet formę gradu. Ciemne niebo wokół straszy. Do wierzchołka jednak nie jest daleko — nie przerywamy marszu.

Na jednym z 2 najwyższych szczytów Gór Czywczyńskich zaskoczenie — nikt z nas nie spodziewał się tak płaskiego wierzchołka. Deszcz nawet na chwilę ustaje i możemy rzucić okiem na bardzo bogatą panoramę. Burze jednak nie dają za wygraną — nad Czarnohorą czarno, nad Rumunią ciemno, w Hryniawach fioletowo. Trzeba uciekać.

Zejście z Czywczyna w kierunku Czywczynaszu

Podczas zejścia pojawia się słońce i tęcza, co wlewa w nas trochę optymizmu. Po zejściu zgodnie stwierdzamy: należy nam się solidny obiad. Na połoninie Tanasiwkowej chowamy się w ruinach szopy przed kolejnymi opadami i rozpoczynamy gotowanie. Nieopodal jest też źródło. Popołudniowe promienie przyjemnie suszą. A woda + słońce + góry + jedzenie = stuprocentowa sielanka.

Chwila relaksu pod Czywczynem

Po dłuższej chwili postanawiamy jeszcze pokonać kawałek trasy i wracamy na granicę w okolicy Czywczynaszu. Podziwiając spod Syłyhuła zachód chowającego się za Mihaileculem i Farcaulerm słońca, dochodzimy już w lekkim zmroku na połoninę Popadia.

Zachód słońca w Czywczynach

Odkrywamy tu blaszaną budę i kilku Ukrainców, prawdopodobnie leśników, miło spędzających wieczór w swoim towarzystwie. Nie chcemy przeszkadzać, więc tylko z grzeczności pytamy o pozwolenie rozbicia namiotów niżej, na połoninie. Panowie nie widzą żadnych przeciwskazań. Wyszukujemy płaskiego miejsca, rozbijamy namioty i idziemy spać.

Tak mija drugi dzień w Górach Czywczyńskich.

Poranek z widokiem na Czywczyn

Dobrze obudzić się w ładnym miejscu — połonina, słońce, widok na Czywczyn... Nieśpiesznie pakujemy się, jemy śniadanie, analizujemy dalszą trasę. Nagle widzimy, że przez trawy skacze do nas półnagi Ukrainiec, który spędzał noc w blaszanej budzie.
Sprzedacie trochę wódki? - pyta.
— Nie mamy — odpowiadamy zgodnie z prawdą dość zaskoczeni.
— Dobrzę zapłacę! — Ukrainiec nie wierzy, że mogliśmy się wybrać w Czywczyny bez większych zapasów. Po chwili jednak daje za wygraną, życzy szczęśliwej drogi i wraca do towarzyszy.

Biwak na połoninie Popadia w Górach Czywczyńskich

Ucieczka na przełęcz Łostuńską

Mijamy Ryżowatą i podchodzimy pod Łostuń Wielki. Przy przełęczy wychodzimy nieznacznie ponad las i otwiera się dobry widok na grań Czywczynów po obu stronach. Próbuję dostrzec Hnitessę, ale nie jest z tego miejsca możliwe. Robimy dłuższą przerwę, by najeść się borówek. Jest ich tu zatrzęsienie. A przecież każdy wędrowiec zgodzi się, że nie ma nic lepszego niż dzikie leśne owoce!

I znów pogoda zaczyna się psuć — nadciągają chmury nie wieszczące nic dobrego. Wszystkie dni układają się do tej pory w szablon: piękny poranek, burza wczesnym popołudniem, wypogodzenie na wieczór. Czy będzie tak i dziś? Ruszamy.

Nie zdążyliśmy nawet minąć Łostunia Małego, a już pioruny uderzają nieopodal raz za razem. Mięsisty deszcz i wiatr. Cóż za rekordowo szybko zmiana warunków... Zbiegamy czym prędzej na głęboko wciętą przełęcz Łostuńską, licząc, że schronimy się w lesie. I tak też robimy - znajdujemy w miarę gęsty kawałek lasu, ubieramy się i postanawiamy przeczekać największe oberwanie chmury.

Choć gorsze warunki nie chcą całkowicie ustąpić, po dłuższym czasie burza przechodzi a deszcz wyraźnie słabnie. Postanawiamy więc iść dalej. Zawdziewamy się i ruszamy. Niestety płynący tu potok zamienił się w błoto, trzeba zapomnieć o łatwym zatankowaniu wody.

Pirie - Purul - Sztewiora - Koman

W okolicy szczytu Pirie Małe słońce wlewa kilka promieni optymizmu. Znów postanawiamy zrobić sobie ucztę borówkową.

Idąc na Połoninę Pirie, Czywczyny

Zajadanie się borówkami, Czywczyny

Z Pirie Wielkiego otwiera się nieduża połonina, dzięki której można zobaczyć biegnącą dalej grań. Później będzie z tym problem, ponieważ większa część trasy, mimo dużej wysokości, jest zalesiona.

Podejście na Puruł i Sztewiorę biegnie dość rozrytą przez wodę drogą. Pozostałości sistiemy wciąż towarzyszą nam z lewej strony. Powoli zaczynamy się rozglądać za miejscem na nocleg, niestety mimo kilku poszukiwawczych prób, nie ma niczego w 100% nas zadowalającego.

Pomiędzy Komanem i Komanową znajdujemy przyjemnie odgrodzoną od drogi półeczkę. Wypełniona jest puszystą i dość głęboką trawą, tak więc zapowiada się bardzo miło. Jesteśmy już na tyle oswojeni z Czywczynami, że nawet nie stresuje nas nocleg praktycznie na granicy, po tej zewnętrznej stronie sistiemy. Szybka kolacja i idziemy spać. Jutro czeka nas Hnitessa! — zasypiam podekscytowany.

Biwak na granicy w Czywczynach, okolice Komanowej

Tak mija trzeci dzień w Czywczynach.

Dzień pod znakiem Hnitessy

Pobudka, pakowanie i po chwili wychodzimy na trasę. Pogoda już od samego rana wydaje się niepewna — niby świeci słońce, ale ciemne chmury już nadchodzą.

Ostatnie szczyty Czywczynów (Koman, Komanowa, Palenica, Hnitessa) wydają się mało wybitne, by nie powiedzieć płaskie. Krajobraz jest dość specyficzny, nie wiem czemu ale przypomina mi morskie nabrzeże. Droga z leśnego duktu zmienia się w bardziej piaszczystą. Duże i płaskie połacie kosówek jak okiem sięgnąć.

Okolice Komanowej, Góry Czywczyńskie

Wchodzimy na Komanową. Świetnie widać stąd wycięty w morzu kosodrzewin, prosty jak strzała pas graniczny w kierunku Palenicy.

Droga z Komanowej na Palenicę, Góry Czywczyńskie

Przy Palenicy szok — tablica informacyjna o źródle Czarnego Czeremoszu, który nieopodal bierze swój początek. Obok drewnianej strzałki na grzbiecie Ruski Dział to jedyna infrastruktura pod turystów, z jaką spotkałem się w Czywczynach.

Z Palenicy można przejść na Prełucznyj, a potem przez przełęcz Szyja dostać się w łatwy sposób w Połoniny Hryniawskie. My jednak chcemy najpierw zawitać w Góry Jałowiczorskie, więc naszym celem jest Sarata, do której dostaniemy się przechodząc przez Perkałab.

Zasieki przy Palenicy, Czywczyny

Okrążamy Palenicę i już na horyzoncie rysuje się płaska kopuła Hnitessy z charakterystycznymi głazami na szczycie. Magia tego szczytu ciągnie mnie jak magnes.

Nie możemy znaleźć żadnej wyraźnej ścieżki odchodzącej od drogi na szczyt, dochodzimy więc do miejsca w którym Hnitessa jest najbliżej w linii prostej i wchodzimy w rzadkie kosówki. Na początku lawirujemy między polankami, przeradza się to jednak po krótkiej chwili w przeciskanie przez gęste kosodrzewy mające ponad 3 metry wysokości. Trochę nam to pochłania czasu, ale ostatecznie wychodzimy na graniczną ścieżkę i zdobywamy Hnitessę.

Kosówki na kilka metrów, Czywczyny

Przeciskanie się przez kosówki, okolice Hnitessy, Czywczyny

W morzu kosówek pod Hnitessą, Czywczyny

Hnitessa była najbardziej na południe wysuniętym szczytem II Rzeczypospolitej i wedle legendy miał znajdować się tu kamień z wyrytymi literami FR, czyli Finis Respublicae (Koniec Rzeczypospolitej). Przez wierzchołek przebiegała granica ZSRR, a obecnie biegnie granica Ukrainy i Rumunii. Te miejsca zwane są też Rozrogami Wincentego Pola, choć jak się okazało, Wincenty Pol nigdy tu nie był.

Na Hnitessie, Czywczyny

Hnitessa - widok na stronę Rumuńską i dolinę rzeki Wazer (Vaser)

Staram się chłonąć atmosferę tego magicznego miejsca. Nasilający się deszcz jednak wybudza mnie z letargu. Pachnie burzą. Nie ma więc wiele czasu by nacieszyć się obecnością na Hnitessie. Szybko robię panoramę, dajemy sobie kilka minut na poszukiwania starego, żeliwnego słupka, który to kiedyś dumnie stał oznajmiając granicę Polski i Rumunii. Niestety nic nam się nie udaje znaleźć. Ale nic to — najważniejsze, że tu byliśmy.

Wracamy. Tym razem bezpośrednio ścieżką przy słupkach. Dojście do drogi przy sistiemie jest szybkie i bezproblemowe. Trochę nam głupio, że spędziliśmy tyle czasu i energii na przeciskanie się przez kosówki, skoro kilkadziesiąt metrów dalej można było odnaleźć takie komfortowe przejście. Cóż, gdy wrócę kiedyś na Hnitessę, będę mądrzejszy.

Zejście do Perkałabu

Dość zmoczeni zbiegamy do Perkałabu.

Zejście z Hnitessy do Perkałabu

W dolinie znajduje się punkt kontroly straży granicznej. Wygląda na czynny, ale pewnie przez pogodę nikomu nie chce się wychodzić z posterunku. Nikt się więc nami nie interesuje. Przechodzimy wzdłuż ogrodzenia, w dół rzeki Perkałab i po kilkuset metrach przekraczamy ją za pomocą zdezelowanego drewnianego mostka.

Przejście mostkiem nad rzeką Perkałab

Jesteśmy już w grzbiecie Czarnego Działu. Tym samym kończy się nasza wędrówka przez Góry Czywczyńskie.

 

Zainteresował Cię ten wpis? Może warto podzielić się nim z innymi?

Tagi: Czywczyny, Karpaty Ukraińskie, Korona Gór Ukrainy, Ukraina

11 miesięcy temu

Justyna

W końcu mogłam sobie pozwolić na spokojne przeczytanie tego tekstu, super relacja! Bardzo Wam zazdroszczę tej wędrówki, ale zdecydowanie nie zazdroszczę burz! Ukraińskie wędrówki są uzależniające ;)

Skomentuj...