Süphan Dağı zwany Stefanem - relacja

Góry Relacje

Czuję na sobie spojrzenia. Każde z nich wydaje się z zaciekawieniem śledzić nasze ruchy. Właśnie idziemy przez centrum Adilcevaz (czyt. adildżewaz), niewielkiego miasteczka na wschodzie Turcji. I jak zwykle robimy zamieszanie samą swoją obecnością. Widzę kilka ciekawych ujęć tureckich dziadków - siedzą przy chodniku wygodnie wyłożeni na poduszkach i rozmawiają o różnych sprawach zapewne wagi państwowej, żywo przy tym gestykulując. Każdy dumnie dzierży w ręku szklaneczkę herbaty. Tak jest, herbata jest tutaj obowiązkowa. Przepraszam - cukier z herbatą. Biję się z myślami, ale moja ręka mimo wszystko nie sięga po aparat - nie chcę jeszcze bardziej zwracać na siebie uwagi.

Niebo w masywie Süphan Dağı

Żwawo przechodzimy przez bardziej ruchliwe ulice, kierując się na wschód, ku skrzyżowaniu, z którego odchodzi droga do wioski Harmantepe.

Przed Süphanem

— Hello, what's your name? — jak zawsze materializuje się grupka dzieciaków. Dwie panie wieszające pranie zagadują nas uśmiechając się przyjaźnie.

Czemu przywiało nas właśnie tutaj? Otóż chcemy wejść na drugi szczyt Turcji - wulkan Süphan Dağı (4058 m n.p.m), a Adilcevaz wydaje się być najlepszym punktem, z którego można rozpocząć wędrówkę. Uzupełniwszy uprzednio zapasy, rzecz jasna. Do legalnego wejścia na szczyt potrzebne jest pozwolenie od policji (darmowe, do uzyskania na miejscu). W tym temacie postanawiamy przyjąć raczej postawę bierną - idziemy na górę, a gdy ktoś się nami zainteresuje to wtedy będziemy się tłumaczyć i zastanawiać, co dalej robić.

A zainteresowano się nami bardzo szybko...

Türkçe (Turecki)Polski

evet — tak
Nereye gidiyorsunuz? — Dokąd jedziecie?
dağ — [daa] góra

— Süphan Dağı? — krzyczy pan Turek zatrzymując się przed nami dostawczym fordem.
— Süphan Dağı? — elokwetnie odpowiadam jeszcze nie zorientowawszy się dobrze, co się dzieje.
— Süphan Dağı ... gidiyorsunuz?! — dopytuje pan Turek.
— Evet, evet! Süphan Dağı! — odpowiadamy.
­— Duruz buruz kuruz! Ekmek jekmek mekmek! Eszke meszke beszke! — krzyczy radośnie pan Turek. Nasza płynna znajomość tureckiego wyraźnie podpowiada, że nie może to znaczyć nic innego jak: Wskakujcie na pakę, jedziemy dokładnie w tamtą stronę! Raz, dwa i podwieziemy Was na samego Süphana!

Widok na Süphan Dağı

Jeden z panów Turków pomaga nam załadować plecaki na tył, byśmy mogli we czwórkę zmieścić się w szoferce. Od razu nam się przedstawiają, co według mnie jest niesłychanie miłe. Niestety nie zapamiętujemy imion Spokojniejszego Pana Turka (kierowcy) i Dziarskiego Pana Turka (rozmówcy). Cóż, tureckie imiona zdecydowanie nie chcą zapadać mi w pamięci, nawet powtórzone kilka razy.

Wulkaniczna roślinność, masyw Süphana

Parę minut drogi i naszym oczom ukazuje się masyw Süphana. Wyciągam aparat i robię zdjęcie przez szybę.

Süphan Dağı suwenir! — szczerzę się do Dziarskiego Pana Turka oczekując zrozumienia tego jakże międzynarodowego słowa.
— Süphan Dağı! — uspokaja mnie równie szczęśliwy Dziarski Pan Turek. Szybko wywiązuje się sympatyczna rozmowa - oczywiście musimy opowiedzieć coś więcej o sobie, skąd, dokąd, po co, gdzie, a najważniejsze - czy podoba nam się w Turcji:
— Türkiye güzel?! — pyta Dziarski Pan Turek tonem nie znającym sprzeciwu.
— Evet! Türkiye güzel! — odpowiadamy zgodnie z prawdą. Uff, na szczęście znamy znaczenie najważniejszego słowa w języku tureckim.

Türkçe (Turecki)Polski

Türkiye — Turcja
güzel — piękny, atrakcyjny, fajny

W połowie drogi między Adilcevaz a Harmantepe zjeżdżamy nagle w prawo, w jakąś polną ścieżynę. Panowie Turcy tłumaczą, że chcą nas podwieźć jak najbliżej Süphana. Nie mamy nic przeciwko. Telepiemy się więc dalej po jakichś bezdrożach, będąc w szoku ile jest w stanie znieść ich auto. Zostajemy podwiezieni na 2210 m n.p.m., Adilcevaz jest na 1690 m n.p.m. Autostop pierwsza klasa!

Turecki autostop na Süphana

Następnie Dziarski Pan Turek za punkt honoru wziął sobie wytłumaczenie nam, a nawet rozrysowanie (3 kreski) którędy najlepiej iść na szczyt. Mnie ciekawiła jedna rzecz - czy na górze/w kraterze znajdziemy śnieg lub wodę? To może być kluczowe pod względem logistycznym.

Türkçe (Turecki)Polski

su — woda

— Su? — pytam, pokazując na wierzchołek.
— Su! — uspokaja nas Dziarski Pan Turek.

Wymieniamy uprzejmości oraz uściski, życzymy sobie wzajemnie powodzenia w życiu i gościnni towarzysze odjeżdżają wzniecając za sobą kłęby kurzu.


Czas na chwilę zadumy - na południu jezioro Van, na północy zaczynają wznosić się stoki Süphana. Dookoła nas spalony, stepowy krajobraz. I środek dnia. Słońca razi tak niemiłosiernie, że po omacku rzucam się ze łzami w oczach do plecaka w poszukiwaniu okularów przeciwsłonecznych. Mam! Ach, co za ulga... Mimo wszystko nie jest gorąco. Wręcz przeciwnie - jest przyjemnie. Sucho, czasem zakręci się jakiś mały wietrzyk.

Południowe stoki Süphana

Lubię ten moment, kiedy patrząc na rzeźbę terenu dyskutuje się na temat wyboru najlepszego wariantu przez widziany pierwszy raz na oczy obszar. Ustalamy pobieżnie trasę i zapamiętuję punkty, przez które chcemy przejść. No to w drogę! Jeszcze 2 kilometry w pionie i będziemy na szczycie. Już niedaleko...

W udawanym nikabie

Po kilkunastu minutach ścieżka zaczyna zanikać - lawirujemy między wysuszonymi trawami i spalonymi kamieniami. Z każdą chwilą rzeźba terenu robi się ciekawsza. Nie ma żadnych drzew, cień można odnaleźć jedynie w zagłębieniach lub pod większymi głazami. Pod jednym z takowych robimy sobie postój połączony z uzupełnieniem kalorii. Marta odkrywa nawet pozytywne aspekty muzułmańskich strojów kobiecych - ileż by wad one nie miały to istnieje jedna zasadnicza zaleta - dobrze chronią przed słońcem. Podrywany do tańca na wietrze kurz również nie daje spokoju wpychając się do ust i nosa.

Chwila odpoczynku pod kamieniem

Podczas dalszego podchodzenia wyłania się nam zza zbocza widok na jezioro Aygır Gölü, położone pomiędzy Süphan Dağı a Jeziorem Van. Teren co jakiś czas zaskakuje - czerwone głazy, czarne jak smoła kamienie, obsypujący się pod butem żwir, niespotykane dotąd, ciekawe rośliny. Jakże odmienna, wulkaniczna atmosfera daje odczuwać się coraz bardziej.

Na wysokości 2870 m n.p.m. wychodzimy na szutrową drogę, biegnącą od jeziora Aygır Gölü. Przed nami fantazyjnie pofałdowane zbocza Süphan Dağı. Jeszcze kilka minut i osiągamy wypłaszczenie z widoczną, kamienną zagrodą dla zwierząt.

Podchodząc na Süphan Dağı

— Ciekawe, czy są tu jacyś pasterze? — głośno dywagujemy pnąc się powoli trawiastym zboczem. Nasze pytania długo jednak nie pozostały bez echa...

Jakiś głos nawołuje do nas z dołu. Obracamy się, szukamy wzrokiem jego źródła i... oto idzie pasterz z 2 osiołkami. Szybki jest - raz, dwa i już się z nami wita. Niski, ciemna twarz, krótkie, czarne włosy.

kurdiPolski

roj baş — [roż basz] dzień dobry
spas — dziękuję

— Kurdi — jedno z pierwszych słów jakie wypowiada pokazując na siebie.
Kurdistan — rękami zakreśla wokół siebie duży krąg, chcąc dać nam do zrozumienia, gdzie tak naprawdę się znajdujemy.
— Kurdistan — przytakujemy i momentalnie widzimy uśmiech na twarzy Kurda.
— Roj baş! — dodajemy, a pasterz zaczyna się śmiać.

Kurdyjskie osiołki z naszym plecakiem

Po krótkim, wzajemnym przedstawieniu zostajemy zaproszeni przez pasterza do wspólnego obozowania - musimy tylko odnaleźć jego kompana, który właśnie ściąga na noc owce z gór.

Pasterz natychmiast proponuje nam wrzucenie plecaków na jego osiołki. My jednak unosimy się honorem - jak to tak, sami przecież damy radę! Wystarczyło jednak kilkanaście kroków by okazało się, że ciężko nam dotrzymać kroku sympatycznemu Kurdowi. A ten co rusz patrzy na nas z politowaniem i z lekką nutą rozrzewnienia nalega, byśmy wrzucili bagaż na osły. Po którymś razie, ku zadowoleniu pasterza, Marta daje się skusić - plecak ląduje na osiołku. To jednak nie wszystko - Kurd wrzuca do worka po drugiej stronie oślego brzucha kamienie aby symetrycznie rozłożyć ciężar na małym osiołku. Ja dalej idę w zaparte - nie potrzebuję pomocy; poprawiam plecak i ruszam dalej.

Fantazyjne stoki Süphan Dağı

2950 m n.p.m. - po kilku minutach marszu Marta i pasterz zaczynają się coraz bardziej ode mnie oddalać. Kurd sugestywnie daje znaki, że jak będę się tak wlekł to nie dojdziemy do obozowiska przed zachodem słońca.
— Kurczę, to gdzie oni mają to obozowisko? W kraterze na szczycie? — mówię do siebie w myślach.

Powoli słońce zaczyna zachodzić, Süphan Dağı

3000 m n.p.m. - no nie, taka wiekopomna chwila, trzeba ją uczcić - co oni tak lecą?

3100 m n.p.m. - o jakie ładne widoki, chęć uwiecznienia krajobrazu wygrywa z gonieniem polsko-kurdyjsko-osiołkowej ekipy.

3200 m n.p.m. - nie lećcie tak!

3300 m n.p.m. - ...

3370 m n.p.m. - wreszcie za kolejnym załomem terenu dogoniam towarzystwo i moje oczy natychmiast przykuwa niesamowity obrazek - na kamieniu, w promieniu zachodzącego słońca, siedzi drugi z pasterzy. Kurtka w kolorze khaki, chusta na głowie, strzelba w ręku, naboje na ramieniu. Twarz pociągła, ciemna, gęste wąsy i broda.

Wygląda jak terrorysta — śmieje się do nas poznany wcześniej pasterz, komentując wygląd swojego kompana.
Salahadin — przedstawia się Kurd, patrząc głęboko w oczy.

Kurdyjski pasterz Salahadin

Słońce szybko schowało się za horyzontem i momentalnie zrobiło się bardzo zimno. Kurdowie zniknęli na chwilę, aby ściągnąć w jedno miejsce ich stado owiec liczące, jak się potem dowiadujemy, 600 sztuk; my w tym czasie rozkładamy namiot.

Kurdyjski pasterz Salahadin opowiada różne historie

Zostajemy zaproszeni do ogniska, które Salahadin rozpalił z wniesionego na osiołkach chrustu. Kurdowie wyciągają z reklamówki macę, z worka z koziej skóry wysypują na nią grudki słonego sera, zawijają niczym tortillę i takie "kanapki" zapijają słodką, parzoną w ogniu, na specjalnym kociołku, herbatą. Wszystkimi posiadanymi specjałami chcą nas ugościć, jak tylko mogą.

Siedzimy, dyskutujemy, a nawet śpiewamy kurdyjską piosenkę o deszczu. Im bardziej się nie rozumiemy, tym jest zabawniej. Każdy stara się coś opowiedzieć, poznać drugiego człowieka. My jesteśmy ciekawi ich życia, a oni naszego. Obaj pochodzili z miasteczek położonych przy jeziorze Van. Obaj mają żony i po kilka dzieci, które zostały na dole. Obaj spędzają rokrocznie kilka miesięcy w masywie Süphan Dağı, co jakiś czas schodząc niżej, by uzupełniając zapasy: herbata, cukier, maca i ser. Oto pasterskie życie.

Biwak z Kurdami

Do namiotu udajemy się w poczuciu przekonania o wspólnej polsko-kurdyjskiej przyjaźni - wszak podobieństwo liczby pięć (po kurdyjsku: penć) z pewnością nie jest przypadkowe! Kurdowie, ubrawszy wcześniej na siebie coś na kształt futrzanego worka z dziurą na głowę i nogi (będącego jednocześnie ciepłym płaszczem i śpiworem), idą spać pomiędzy swoje stado owiec. Na pamiątkę tego wieczoru został nam jeszcze jeden ciekawy ślad - na poglądowej mapie Turcji pasterze postanowili zaznaczyć nam granice Kurdystanu. Tak jest, pełni powagi obrysowali 3/4 kraju!

Na dobranoc przez kilkanaście minut naświetlam jeszcze niebo - dawno nie widziałem tylu gwiazd.


Nocleg na 3370 m n.p.m. przy ciśnieniu 680 hPa był bardzo przyjemny, nie licząc smrodu stojącego nieopodal capa i pobudki o 4 nad ranem, gdy wybudzone ze snu stado owiec zrywało naciągi od naszego namiotu.

Wulkaniczne skały w masywie Süphan Dağı

Wstajemy nadzwyczaj wcześnie, lecz wypoczęci i pełni sił. Rześki poranek, niebo dalej bezchmurne - trochę jednak minie zanim pierwsze promienie słońca do nas dotrą. Ruszamy w drogę.

Lekko porośnięty teren zamienia się zaraz na pustynny piasek, w którym krok w górę jest jednoznaczny z pozostaniem w miejscu. Następnie piasek przechodzi w czarne głazy. Z każdym metrem widok poszerza się. Na 3800 m n.p.m. dochodzimy do wypłaszczenia z czerwonego żwiru. Marta spostrzega niezapominajki - jesteśmy w szoku, jak cokolwiek w takim terenie może rosnąć. Czekające na nas podejście wydaje się być o wiele bardziej strome, ruszamy jednak żwawo w górę - bliskość krawędzi, z której zapewne zobaczymy już niedaleki szczyt bardzo kusi. Wdrapujemy się na 3900 m n.p.m., przeciskamy między wulkanicznymi głazami i na 3950 m n.p.m. dochodzimy do przełączki. Dociera do nas szokująca prawda - mimo, że do wierzchołka zostało tylko 100 metrów w pionie to droga do niego prosta nie będzie...

U podnóży krateru Süphan Dağı

Naszym oczom ukazuje się masywny krater. Aby do niego dojść, najpierw trzeba zejść po śniegu do jego podstawy około 100 metrów w pionie, a następnie wdrapać się po bardzo stromym i sypiącym się terenie. Dopiero wtedy będzie można rozpocząć poszukiwanie wierzchołka.

Na przełęczy odpoczynek - widok zarówno na cały krater Süphan Dağı jak i na Jezioro Van jest imponujący. Staramy się wypatrzeć oddalony o 150 km Ararat, niestety przejrzystość nie ułatwia zadania.

Süphan Dağı - 4058 m n.p.m.

Schodzimy do podstawy krateru, zalegające jeszcze masy śniegu przyjemnie chłodzą. Pełni obaw wchodzimy w zbocze - z daleka wszystko wydaje się strome i rozsypujące. Podejście do krawędzi krateru na ok. 4000 m n.p.m., wbrew oczekiwaniom, nie nastręcza większych kłopotów. Wolimy jednak nie myśleć, co będzie przy zejściu.

Wnętrze krateru to jedno wielkie, stosunkowo płaskie, usypisko dużych, czerwonych głazów i połacie niestopionego jeszcze śniegu. Przejście przez środek stożka wulkanicznego w kierunku kulminacji Süphana (na wschodzie) wymaga sporo wysiłku - ogromne kamienie nader często wydają się być mało stabilne. Teren jest naprawdę niesamowity - miejscami widać zastygniętą i spękaną lawę.

Süphan Dağı (4058 m) zdobyty!

Z GPS-em w ręku chodzimy po kraterze w poszukiwaniu tego najwyższego punktu. Jeszcze 400 metrów, 300, 200, 100.
Tak, to musi być tu — przed nami wyrasta ok. 30-metrowy, stromy kopiec. Wdrapujemy się na niego szczerze podekscytowani i... tak! Süphan Dağı, druga góra Turcji, 4058 metrów nad poziomem morza, zdobyty! Szybko dobywamy flagę i już po chwili biało-czerwone barwy powiewają na wietrze.

Süphan Dağı - widok na wschód z zejścia z krateru

Ze szczytu otwiera się świetna panorama na południe - wschód - północ. Dominuje widok na położone prawie 2,5 km niżej Jezioro Wan (Van Gölü), które z tej perspektywy przypomina morski błękit. Spalona Wyżyna Ormiańska poprzetykana jest gdzieniegdzie jakimiś wiejskimi drogami. Udaje nam się w oddali dostrzec kilka osad. Z tego miejsca możemy oczywiście podziwiać cały krater Süphana.

Ciśnienie na szczycie - 627 hPa. Szczerze powiedziawszy, jakoś nie czujemy tej wysokości - nie oddycha mi się gorzej niż na Babiej Górze - to pewnie dzięki dwutygodniowej wędrówce przez Riłę i Pirin. Pogoda również nas rozpieszcza - wiatr jest słaby, a odczuwalna temperatura bardzo przyjemna.

Na szczycie Süphan Dağı (4058 m n.p.m.)

— Tap, tap, brzdęk, brzdęk — metalowe ostrze scyzoryka wydało niewinne dźwięki, wpadając pomiędzy kamienie. Wkładamy głowy między głazy - nic. Odwalamy te mniejsze skałki w nadziei na wydobycie najpotrzebniejszego podróżniczego sprzętu - nici z tego. Süphan Dağı zażądał ofiary. Trzeba być naprawdę czujnym - cały krater usypany z kamieni pełny jest takich mikroszczelin, które mogą być bardzo łase na pozostawione niezabezpieczone przed ruchem drobniejsze rzeczy.

Po dłuższym posiedzeniu zaczynamy się powoli zastanawiać jak najlepiej będzie z tej góry zejść. Nie chcemy wracać tą samą drogą. Zejdziemy na wschód - tam musi być jakaś cywilizacja! W oddali lokalizujemy majaczącą w czerwieni Wyżyny Ormiańskiej wioskę Aydınlar - to na nią postanawiamy się kierować. Wówczas jeszcze nie wiedzieliśmy, że teraz czeka na nas najtrudniejszy etap całej wędrówki - zejście do podstawy stożka wulkanicznego. Ruszamy w dół...

Stożek Süphana usypany jest właśnie z takich wielkich głazów

Stromo z każdej strony, ogromne głazy chwieją się i chyboczą nawet pod minimalnym naciskiem. Süphan wystawia naszą równowagę i kolana na ogromną próbę. Trudno się tu poruszać - każdy krok, zeskok, tąpnięcie niesie duże ryzyko wywołania lawiny kamiennej, której niekoniecznie chcielibyśmy być częścią. Marta wydaje się być bardziej cierpliwa - ja po kilkudziesięciu minutach mam już dość ciągłego wymacywania nogą każdego, leżącego metr pode mną kamienia, czy aby schodząc na niego nie zjadę z całym tym inwentarzem na dół. I tak mozolnie. Raz lewą, raz prawą. Zfrustrowany, wynajduję bardziej żwirowy żlebik i zaczynam nim kontrolowanie zjeżdżać. Co jakiś czas tę kontrolę jednak tracę, a uderzająca natychmiast fala gorąca zdaje się insynuować:

Co robisz, idioto!? Przestań, bo zaraz wszystko Cię zasypie!

Po zejściu z krateru Süphan Dağı

Do dziś się dziwię, jak udało się nam zejść do podstawy krateru bez szwanku.

Trzeba powoli rozglądać się za miejscem na rozbicie namiotu. Przechodzimy przez minipustynię komentując trudy zejścia, potem kilka minut w dół i spostrzegamy ją. Tę idealną. Polankę na nocleg. Zielona trawka i... malutka rzeka. Nie mogło być lepiej. Gdy tylko za wzniesienim zaszło słońce zrobiło się momentalnie bardzo zimno. Szybko rozstawiamy nasz pięciogwiazdkowy, przenośny hotel. Nie ma co nabierać wody na zapas - zrobimy to jutro. Zasypiamy na wysokości 3700 m n.p.m.


Zamarznięta rzeczka przy namiocie

Jakże byliśmy w błędzie! Nad ranem po rzeczce ani śladu. Przynajmiej w postaci ciekłej - przez noc wszystko zamarzło pomiędzy drobnym żwirem, uniemożliwiając nawet wyskrobranie i stopienie lodu. Promienie słońca przyjemnie rozgrzewają, choć co jakiś czas zimne podmuchy wiatru przypominają na jakiej wysokości się znajdujemy. Jednogłośnie ustalamy - następny nocleg nad jeziorem Van. Zbieramy się i zaczynamy schodzić.

Teren robi się coraz bardziej stromy, w pewnym momencie wygląda to już nieciekawie, wszak nie wiemy co jest pod nami. Dalsze schodzenie może być niebezpieczne. Czyżbyśmy natrafili na turecki żleb Drège'a? Podejmujemy trudną decyzję o odwrocie do podstawy krateru i zejściem innym, południowo-wschodnim zboczem. Jak się potem okazało, było to dobra decyzja - oddolny widok ściany w jakiej mogliśmy się znaleźć wywołał w nas niemałe przerażenie.

Süphan Dağı w pełnej okazałośći

Süphan Dağı raczy nas wyśmienitym widokiem. Po kraterze zaczęły wędrować cienie. Wszędzie tylko kamienie i głazy - małe, średnie duże, kwadratowe i obłe, szare, czerwone i czarne. Topniejące śniegi tworzą między nimi rwący potok. To wszystko - tak surowo a wesoło, optymistycznie.

Czasem trzeba podejść, by móc zejść...

Przekraczamy dno doliny rzecznej i zaczynamy się znów wspinać po ostrych, sypiących się kamieniach aż do osiągnięcia krawędzi, z której opadającym zboczem zdecydowaliśmy schodzić. Zaczyna wiać silny wiatr. Ubieramy kurtki, co z zewnątrz może wyglądać kuriozalnie - silne słońce, pustynny piasek a nam zimno. To wszystko zasługa 3800 m n.p.m.

Zbiegamy w piasku

Bardzo szybko tracimy wysokość - po piasku, niczym po śniegu, można sobie idealnie zjeżdżać na butach. Po pewnym czasie zbiegamy do pasterskich ścieżek, a w dole spostrzegamy kurdyjskie obozowisko - dwa namioty, kilkanaście dzieci biega po trawie lub pomaga rodzicom, mnóstwo wszelakiej zwierzyny - psów, koni, krów, owiec, czy kóz. Chyba już nas zauważyli. Kilka minut i przechodzimy obok nich. Wszyscy patrzą się na nas, jak na jakichś kosmitów. Nie dziwię im się. Dostajemy zaproszenie, by przysiąść się na chwilę - za bardzo kusi nas jednak wizja wskoczenia jeszcze dziś do Jeziora Van, dlatego po krótkiej wymianie uprzejmości idziemy dalej. Na azymut, w kierunku wioski Aydınlar.

Finezyjnie porzeźbiony teren na Wyżynie Ormiańskiej

Süphan Dağı wygląda z tej strony bardzo masywnie. Na 2500 m n.p.m. docieramy do jakiejś szutrowej drogi, która doprowadza nas do opuszczonej kurdyjskiej osady - używana jest pewnie podczas zimy, latem wszyscy wychodzą wyżej. Kluczymy po sfałdowanym terenie, po wyschniętych na pył korytach rzecznych, między kilkumetrowymi, wąskimi szczelinami, które wrastają w tutejsze pola jak gdyby nigdy nic.

My też nabraliśmy wulkanicznych kolorów...

Słońce schowało się już za Süphanem, choć widzimy jeszcze jak oświetla kolorowy brzeg Jeziora Van. Dochodzimy do wioski Aydınlar - uczucie postawienia obu stóp na twardym, stabilnym gruncie jest niesamowite. Patrzymy po sobie i będąc cali zakurzeni wulkanicznym piaskiem i pyłem śmiejemy się szczerze. Udało się! Süphan Dağı zdobyty!

Ostatnie spojrzenie na turecki czterotysięcznik i ruszamy dalej - do najbardziej zasadowego jeziora świata jeszcze tylko parę kilometrów..


Süphan Dağı - trasa - cała

Süphan Dağı - trasa - kopuła szczytowa

Süphan Dağı - trasa - krater

Süphan Dağı - zdjęcie lotnicze

 

Zainteresował Cię ten wpis? Może warto podzielić się nim z innymi?

Tagi: góry, Kurdowie, Kurdystan, Süphan Dağı, Turcja

3 lata temu

Marysia

Dopiero teraz miałam chwilę na przeczytanie i muszę przyznać, że jestem zachwycona - czyta się świetnie! Wartko, opisowo, ciekawie - czuję jakbym prawie wybrała się na wędrówkę z Wami!

ponad rok temu

Tomaszek

Bylem,widzialem...w 2009 roku spotkalismy tego samego pasterza z karabinem,sztucerem? Sznurkiem zwiazanym. Milo widziec, ze dalej tkwi na posterunku pilnujac gory,owiec i granic niepodleglego Kurdystanu! Zor spas(fonetycznie)

Skomentuj...